Informacja: Depresja sponsora
(Kategoria: Biznes)
Dodana przez: admin
niedziela 16 maj 2004 - 00:00:00

(WOJCIESZ“W) Biznesmen ze Złotoryi Grzegorz Wolski jest na skraju depresji. Uważa, że został wykorzystany i oszukany... przez sieroty z domu dziecka.

W Sobieradziku, jak w każdym domu dziecka, wychowankowie witają dorosłych z nadzieją w oczach. Szukają choćby cienia uczucia, złudzenia bliskości, zainteresowania. Tak na Grzegorza Wolskiego patrzyło rodzeąstwo Raczyłów, kiedy dziewięć lat temu pierwszy raz przekroczył próg bidula w Wojcieszowie koło Złotoryi. Kamil, Milena i Adrian mieli już wtedy 16, 13 i 14 lat, ale kto powiedział, że nastolatkom nie zależy na rodzinie. Zwóaszcza jeśli się dostało od życia tyle kopniaków co oni: matka gruźliczka umaróa, a ojciec alkoholik nie miał ochoty zajmować się siłdemką dzieciaków. Dwoje najmłodszych zostało zaadoptowanych, a oni trafili do Sobieradzika razem z 12-letnimi bliźniakami - Arturem i Julitą. Nie było źle - 40 wychowanków w przytulnych pokoikach, porządny dyrektor, który rozumiał ich, bo też wyszedł z sierociąca.
Lokalny biznesmen, cukiernik Grzegorz Wolski, upatrzył sobie trójkę starszych Raczyłów. Dzieciakom wydawało się, że złapały Pana Boga za nogi. Odwiedzał ich, zapraszał do domu - inne sieroty zazdrościły im przyjaciela. Raczyłowie, szczęśliwi i wyróżnieni, skoczyliby za nim w ogieą. Nie chodziło o cukierki, którymi częstował. Ważne, że był ktoś, na kim można polegać, kto nie zawiedzie i nie oszuka. Wtedy tak myśleli.
- Wolski zaczął przyjeżdżać w 1995 roku - wspomina dyrektor Marian Zwolenik. Wokłł Sobieradzika udało mu się zgromadzić grupę ludzi dobrej woli, którzy przynosili ubrania i słodycze, sponsorowali wycieczki. Jedni pojawiali się kilka razy w roku, inni się zadomawiali.
Wolski zaliczał się do tych drugich, ale pieniędzmi nie sypał. Przywoził za to herbatniki i cukierki ze swojej wytwórni Justa. - Odpady produkcyjne - ocenia dziś Zwolenik - ale i to było dobre. Z dzieciakami grał w piłkę, z dyrektorem pił kawę, aż przeszli na \"ty\".
Wolski w Złotoryi był osobistością: na początku lat 90. radny z ramienia Solidarności, członek zarządu miasta. Potem zaczął produkować słodycze. Wiodło mu się dobrze, bo zatrudniał inwalidów, a za niepełnosprawnych były dotacje i ulgi podatkowe. Ale interes Wolskiego upadł, za co wini także pracowników. Dziś jego dom z pięknym, marmurowym kominkiem jest zajęty przez komornika.
- Nie było zamówieą, a ja, zamiast zwolnić ludzi, miesiącami wypłacałem im pensje, żeby ich nie skrzywdzić - mówi, a po twarzy pełza mu uśmieszek. Ze szczerego serca, jak twierdzi, zaczął też wspierać sieroty.
Dyrektor Zwolenik cieszył się, że Wolski zbliżył się do Raczyłów. - Takie relacje często koączą się szczęśliwą adopcją - mówi. - A rodzeąstwo było zżytą, udaną i sympatyczną grupką. Lecz adopcji nie było. Mijały lata. Kamil, Milena i Artur osiągnęli pełnoletność i wciąż mieszkali w domu dziecka. Sierotom bez pomocy rodziny trudno rozpocząć samodzielne życie. Ale powoli przygotowywali się do wyfrunięcia. Na książeczkach oszczędnościowych mieli trochę pieniędzy, tzw. wyprawki, które dom dziecka daje takim dzieciakom na początek dorosłego życia.
- W 2000 roku Wolski odwiedzał mnie częściej. Dziwnym trafem rozmowy zaczęły się toczyć wokłł moich pieniędzy - wspomina Kamil. Chłopak akurat szukał pracy, o którą w okolicy niełatwo, a Wolski zaczął mu opowiadać, że rozkręca interes - będzie podpisywał umowy z hipermarketami na dostawy ciastek i eksportował do Niemiec. Wprawdzie mówił o ryzyku, którego przecież nie da się uniknąć, by osiągnąć zyski, ale przyjeżdżał nowym autem i powtarzał, że jego pomysły to żyła złota. Kamil patrzył w niego jak w obraz. Kiedy usłyszał, że Wolski chce pożyczyć pieniądze na trzy, cztery miesiące, że to inwestycja, bo daje 37 proc. odsetek, czyli lepiej niż w banku - nie wahał się długo. Miał nie wierzyć człowiekowi, który przez pięć lat był miły dla niego i rodzeąstwa? Nie było mowy o pisemnych umowach czy wekslach.
13 marca 2000 roku Kamil dał Wolskiemu 14 tysięcy złotych. Wszystko, co miał.
- Wolski jeszcze pojawiał się w Wojcieszowie, ale już nie mówił o moich pieniądzach - opowiada 25-letni dziś mężczyzna. - Potrzebował czasu na \"urobienie\" Mileny i Adriana, żeby im też zabrać oszczędności uciułane z komunii świętej, kieszonkowego i podarków od zaprzyjaźnionej rodziny ze Szwecji.
Kamil tak bardzo ufał Wolskiemu, że namówił brata do pożyczki. 17 marca Adrian wsadził do kieszeni biznesmena osiem tysięcy. Milena była oporna. Czuła, że coś jest nie tak. - Wolski był namolny, łaził za mną, napraszał się - opowiada. Kiedyś przyjechał pod szkołę: \"Podrzucę cię do Złotoryi, żebyś zdążyła wypłacić pieniądze przed zamknięciem banku\". Miała go dość. Ale bracia przekonywali: to porządny człowiek. Uległa. W maju dała \"wujkowi\" 8 tys. 600 złotych.
- Gdyby głupota miała skrzydła, to bym latał jak gołębica! - dyrektor Zwolenik wali się w czoło aż dudni, bo do 30 tysięcy 600 złotych danych przez rodzeąstwo dorzucił swoje 15 tysięcy. - Pies mnie drapał - macha ręką mężczyzna. - Ale w życiu bym nie przypuszczał, że ktoś może okraść sieroty.
A jednak. Mijały miesiące, Wolski nie zwracał pożyczki. tóumaczył, że trzeba czekać,
a w interesach liczy się cierpliwość. Coraz rzadziej odwiedzał dom dziecka, coraz trudniej było się do niego dodzwonić: zmienił numery telefonów. Trzeba było urządzać polowania, żeby z nim porozmawiać.
Tak jest do dziś - kryje się, boi się dłużników i komornika. Wreszcie udaje nam się go dopaść i namówić na rozmowę. Spotykamy się o godz. 22, żeby nikt nie widział. Rozmawiamy w solidnym, mieszczaąskim salonie. Wolski się broni. Owszem, pożyczył pieniądze od wychowanków sierociąca, ale w dobrej wierze. To proste - chciał pomłc dzieciakom, lecz kontrakty nie wypaliły. Miał nadzieję, że wyjdzie na prostą i odda długi. Nie udało się - tóumaczy z nieodmiennie przyklejonym do twarzy uśmiechem. A że wychowankowie domu dziecka nie byli dla niego partnerami biznesowymi? I gdyby chciał, młgłby przez cztery lata oddać im choć część, choćby w ratach.
- Gdybym wyjął pieniądze, które były w obrocie, firma stanęłaby na progu bankructwa - oburza się Wolski i udowadnia, że uczciwy z niego facet: płłtora roku po pożyczce, kiedy zdesperowane rodzeąstwo i dyrektor bidula nie przestawali go dręczyć, podpisał kwity, ile od nich pożyczył. - Jakbym chciał oszukać, nic bym nie podpisał -  przekonuje i mętnie opowiada o nowym biznesie: zamiast herbatników branża budowlana, szczegłłów nie poda, tajemnica. Ale zapewnia, że oszustem nie jest.
Inne zdanie miał Sąd Rejonowy w Złotoryi, który 25 września 2003 roku skazał Grzegorza Wolskiego na rok i sześć miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata wóaśnie za oszustwo. Sąd okręgowy podtrzymał wyrok, uznając jego apelację za \"oczywiście bezzasadną\". Ale mimo wyroku biznesmen nie spłaca długu. - Nie mam - rozkłada ręce.
Komornik w Złotoryi na nazwisko Wolski pokazuje stertę akt. - Ten pan jest winien sierotom i dyrektorowi razem z odsetkami 96 tys. złotych - informuje. - Te pieniądze to kropla w morzu jego długów.
Wolski ma do spłacenia ponad 1,5 miliona. Jego dom i dwa firmowe budynki są obciążone hipotekami. Dom został nawet wystawiony na sprzedaż, ale Wolski odwołał się od opinii biegłego, że za nisko wycenił. Sprawa trafiła do Sądu Okręgowego w Legnicy, może się toczyć i kilka lat. Nikt nie ma gwarancji, że Wolski nie zaskarży następnej wyceny. - On w ten sposłb od lat wiąże nam ręce - dodaje komornik.
Rodzeąstwo Raczyłów już cztery lata czeka na zwrot pożyczki zaciągniętej przez \"dobrodzieja\". Parę dni temu, nie widząc innego wyjścia, poprosili o pomoc kancelarię windykacyjną Corpus Iuris z Warszawy - może się uda.
Grzegorz Wolski jest wściekły, że dzieciaki postąpiły nie fair. Tyle lat się o nie troszczył, pomagał... Żadnej, żadnej wdzięczności. Zepsuli mu opinię, bank nie chce już dać kredytu. Żona Wolskiego trzęsącymi się dłoąmi zapala kolejnego papierosa i wybucha szlochem. Nienawidzi tych smarkaczy, tyle przez nie wstydu. - Jesteśmy w strasznej sytuacji. Nauczyłam się nawet sama wypiekać chleb - skarży się.
Na chleb czasem też nie ma Kamil. Dostał mieszkanie w Szczecinie, ale nie ma za co go urządzić ani zapłacić czynszu. Mądra sierota po szkodzie.
- Straszne z nas były naiwniaki - bezradnie chichoczą 22-letnia już Milena i o rok starszy Adrian, którzy wciąż mieszkają w Sobieradziku. Milena uczy się w handlówce, w tym roku zdaje maturę. Na szczęście dyrektor dał jej w bidulu etat sprzątaczki, innej pracy tu nie ma. Nie traci pogody ducha: zaciskając pasa, kupiła na raty lodówkę. Gdyby odzyskała swoje pieniądze, mogłaby wyremontować pokoik w budynku byłej szkoły i płjść na swoje. Adrian studiuje w Jeleniej Głrze pedagogikę. Chce wrócić do Sobieradzika jako wychowawca - tak samo jak kiedyś Zwolenik. Będzie młgł wytóumaczyć młodszemu rodzeąstwu i kolegom, że życie poza sierociącem nie jest takie różowe. I że nie każdy biznesmen, który rozdaje cukierki, jest dobrym wujkiem.

Autorzy: Małgorzata Bogusz, Tomasz Maćkowiak
Wspłłpraca: Wojciech Antol

Artykuł został opublikowany w Newsweek 20/04 na stronie 84.




Źródło: Złotoryjski Portal Internetowy
( http://zlotoryja.info/portal/informacje/_/?czytaj_wiecej.16 )